Czarny duży kot był widziany przez mieszkańca Stęszewa w czwartek nad jeziorem Lipno. Po wielugodzinnych poszukiwaniach drapieżnika nie złapano. Mężczyzna spacerował jak co dzień, około godziny 9.

Masz zdjęcie do tego tematu?

Wyślij
Czarny duży kot był widziany przez mieszkańca Stęszewa w czwartek nad jeziorem Lipno. Po wielugodzinnych poszukiwaniach drapieżnika nie złapano.

Mężczyzna spacerował jak co dzień, około godziny 9.00 rano nad jeziorem Lipno. Jego psy myśliwskie są bardzo czujne, dlatego, gdy zauważyły w zaroślach dużego, czarnego kota, zaczęły się gwałtownie wyrywać, natomiast on w panice uciekł.

- To był czarny kot. Na pewno. Wysoki, nawet do pół uda. Widziałem go bardzo wyraźnie, znajdował się ode mnie mniej niż sto metrów - mówił Maciej S., który natychmiast pobiegł zgłosić ten fakt na komisariat policji.

- Był blady, przestraszony, wiedział, że zabrzmi to nieprawdopodobnie, ale dokładnie nam wszystko opisał - mówi dyżury Piotr Szafrański, który przyjął to zgłoszenie i potraktował bardzo poważnie.

Chwilę potem komendant stęszewskiej policji Marcin Walczak wysłał wszystkich obecnych na służbie funkcjonariuszy do przeczesywania całego terenu nad jeziorem Lipno.
Natomiast burmistrz Stęszewa Włodzimierz Pińczak zwołał sztab kryzysowy, w skład którego weszli: powiatowy lekarz weterynarii, burmistrz, komendant, straż miejska z Mosiny, członkowie Koła Łowieckiego "Lis", komendant strykowskiej OSP oraz pracownicy urzędu miejskiego.

Niestety podjęcie jakichkolwiek działań od samego początku było utrudnione.
- Byliśmy już w początkowej fazie organizacyjnej, jak i w akcji poszukiwawczej całkowicie bezradni. Dzwoniliśmy do starostwa, władz powiatowych, ale nie otrzymaliśmy żadnych wskazówek, co możemy w tej sytuacji zrobić. Zostali powiadomieni też przedstawiciele Wielkopolskiego Parku Narodowego, którzy zjawili się na miejscu akcji, jednak to nie był ich teren więc zostaliśmy sami - mówił Włodzimierz Pińczak.
Z kolei Marcin Walczak dodał, że tak naprawdę ta zorganizowana wspólnymi siłami akcja, to czysta partyzantka.

- Nie możemy tego zwierzęcia przecież uśpić, ani do niego strzelić, chyba, że będzie stanowiło wyraźne zagrożenie dla życia. Nasze działania nie mogły więc w razie jego złapania odnieść pozytywnego skutku. Nie ma takich procedur, które rozwiązałyby tą sytuację.

Tak więc kilkanaście osób bez żadnego zabezpieczenia przeszukiwało teren wokół jeziora. Na samym jeziorem z kolei ustawiony był patrol, aby ewentualnych spacerowiczów, szczególnie dzieci ostrzegać o potencjalnym zagrożeniu. Natomiast stęszewiacy, którzy mieszkali najbliżej, zostali natychmiast powiadomieni o akcji. W pierwszej kolejności o zagrożeniu zostały też poinformowane szkoły, oplakatowano miasto. Zostały odwołane też wszystkie wycieczki szkolne, które w tym wiosennym okresie są nad tym jeziorem bardzo popularne.

- Czytaliśmy informację, ale nie boimy się. To czego się nie widziało, trudno sobie wyobrazić. Dzieci natomiast są przestraszone - mówiła nam Renata Rybarska, mieszkanka osiedla nad jeziorem.

Akcja przeczesywania terenu trwała aż do godziny 17.30, jednak nie przyniosła efektu. Drapieżnika już później nikt nie dostrzegł.
Warto dodać, że podczas akcji poszukiwawczej znaleziono wiele zagryzione ptaków.

Od kilku dni to zjawisko zaobserwował też Maciej S., który zawiadamiając policję spełnił swój obywatelski obowiązek. Wszyscy teraz zadają sobie pytanie - jeśli to nie była puma, to co?

Wiadomości Poznań, Wydarzenia Poznań

Komentarze (0)

Podane dane osobowe będą przetwarzane przez Polska Press Sp. z o.o. z siedzibą w Warszawie. Podanie danych jest dobrowolne. Pozostałe informacje na temat celu i zakresu przetwarzania danych osobowych oraz Twoich praw znajdziesz w regulaminie. Dodając komentarz akceptujesz regulamin.

Zaloguj się / Zarejestruj się!

Brak komentarzy. Możesz być pierwszy!

Więcej na temat: