Rozmowa z Markiem Krajewskim, autorem kryminałów, w tym najsłynniejszego cyklu o przedwojennym Wrocławiu, twórcą postaci Eberharda Mocka - o najnowszej książce, literaturze klasy A i klasy B, sugestiach czytelników i ...

Masz zdjęcie do tego tematu?

Wyślij
Rozmowa z Markiem Krajewskim, autorem kryminałów, w tym najsłynniejszego cyklu o przedwojennym Wrocławiu, twórcą postaci Eberharda Mocka - o najnowszej książce, literaturze klasy A i klasy B, sugestiach czytelników i sekretach warsztatu
Nie tak dawno został Pan mianowany ambasadorem Wrocławia, a teraz Pan z niego ucieka ze swoim bohaterem. Nie wstyd Panu zostawiać rodzinne miasto?

Uzyskałem ten piękny, zaszczytny tytuł ambasadora Wrocławia za pięć książek, które osadziłem w moim rodzinnym mieście i jestem z tego powodu dumny. Natomiast ten tytuł nie upoważnia mnie do pisania kolejnych książek o Wrocławiu. Wystarczy, że moje miasto czynię bardziej znanym na wieczorach autorskich, podczas wywiadów, kiedy często pojawia się motyw Wrocławia. Ambasador powinien godnie reprezentować swoje miasto, mówić o nim dobrze, propagować jego dokonania - ja to robię przy każdej okazji, natomiast swoboda twórcza, możliwość osadzania akcji w innych sceneriach już nie jest przez ten zaszczytny tytuł ograniczana.

Akcja Pana najnowszej powieści „Głowa Minotaura” rozgrywa się we Lwowie. Co zafascynowało Pana w tym mieście, że zdecydował się Pan umieścić tam intrygę?

Zdecydowały przede wszystkim powiązania rodzinne, bo mój dziadek mieszkał we Lwowie, gdzie pracował jako kelner. Wujek mojej mamy opowiadał mi jako dziecku historie o tym cudownym mieście. To były opowieści pełne nostalgii, idylliczne - o wspaniałym życiu wielu kultur w mieście nazywanym Wrotami Wschodu, które było rzeczywiście miastem otwartym, w którym panowała wielka tolerancja. W opowieściach mojego wujka było to też miasto piękne.

Tak te opowieści dzieciństwa tkwiły w mojej pamięci, aż do Lwowa pojechałem w roku 2007 po raz pierwszy, nie licząc pobytu jako pięcioletniego dziecka. Zobaczyłem to przepiękne miasto - miasto-park, pełne przepięknych kamienic, miasto o wyraźnych śladach polskości, ostatnio - dodajmy - przez Ukraińców pielęgnowanych i odnawianych. Trafiłem do Lwowa, stanęły mi przed oczami opowieści mojego wuja i wtedy pomyślałem: „Tak, to jest miejsce, w którym osadzę akcję mojej najnowszej powieści” i tak napisałem „Głowę Minotaura”, która już w tytule odżegnuje się w pewnym sensie od mojego poprzedniego cyklu. Tam zawsze w tytule było Breslau, tu odwołuję się do mitologii.

Wiem, że władze Lwowa bardzo ucieszyły się z Pana zamiarów i wspomogły Pana w pracy nad książką.

Tak jest. Dzięki hojności i pomocy mera Lwowa, pana Andrija Sadowego przebywałem we Lwowie dwa tygodnie, korzystając z pomocy znakomitych historyków, którzy kochają Lwów razem z jego polską historią i polską kulturą, tak, jak my, wrocławianie, kochamy Wrocław razem z jego kulturą niemiecką. Ci ludzie mówiący płynnie po polsku - zresztą we Lwowie prawie każdy rozumie po polsku, a mówi co drugi, tak wynika z moich obserwacji - pomagali mi: chodziliśmy po mieście, po jego zaułkach i zakamarkach, sporządzałem dokumentację fotograficzną, nagrywałem na dyktafon różne historie i anegdoty. Tak wyglądała moja praca nad tą książką - mój pobyt we Lwowie był niezwykle owocny i jestem panu merowi za to bardzo wdzięczny.

Czy przeniesienie akcji powieści do Lwowa i wyeksponowanie nowego bohatera oznacza, że cykl poświęcony Wrocławiowi jest już definitywnie zamknięty, czy też nie stawia Pan tej kwestii tak kategorycznie?

Niczego nie stawiam kategorycznie, ale pozwoli Pan, że tutaj zachowam pewną tajemniczość. Każdy autor kryminałów jest pisarzem tajemnicy - tak bym to ujął. Ta tajemniczość może się rozciągać na jego życie prywatne, a także plany twórcze. Dlatego nie będę o nich mówił - z wielu powodów, ale przede wszystkim dlatego, że tajemnica dobrze robi każdej kolejnej książce.

Jeden z klasyków kryminału, twórca postaci komisarza Maigret - Georges Simenon napisał 75 powieści ze swoim bohaterem w roli głównej. Czy myśli Pan w kategoriach takich wielkich liczb, czy też myśli Pan wyłącznie o najbliższej książce?

Porównanie do Simenona jest dla mnie ogromnym komplementem, ale z drugiej strony widziałbym między nami duże różnice, bo Simenon był autorem minipowieści. Znakomitych, świetnych, ale jednak minipowieści. Jak słyszałem, pisał książkę w ciągu dwóch tygodni. To wspaniałe móc pisać ileś książek rocznie czy jedną miesięcznie - to umacnia pozycję pisarza. Ja piszę jednak duże powieści i nie wiem, ile ich jeszcze w życiu stworzę. Na razie planuję napisanie trzech, myślę o nich, pierwszą z nich piszę, jestem w jej połowie - to ta, o której tak tajemniczo się wypowiadałem. W tej chwili myślę w kategoriach trzech książek, potem może jednej, dwóch. Nie wiem, do kiedy będę pisał, do kiedy starczy mi weny twórczej. Mam nadzieję, że ona nigdy nie ulegnie jakiemuś zagłuszeniu, ponieważ podjąłem radykalną decyzję odejścia z pracy na Uniwersytecie Wrocławskim, gdzie przez piętnaście lat wykładałem gramatykę łacińską. Jak na razie, muza jest dla mnie łaskawa, ale z tym może być różnie.

Chciałbym, by odkrył Pan nieco sekrety swojego warsztatu. Jak wygląda Pana system pracy nad książką?

Wygląda to tak: potrzebuję paru dobrych dni, a nawet ostatnio tygodni, żeby stworzyć fabułę. Siedzę przez parę dni i wymyślam akcję powieści - dokładny plan, scena po scenie. Kiedy już to zrobię, przystępuję do pisania. Ten szkielet fabularny napełniam mięsem i ścięgnem, używając anatomicznego porównania, czyli opisami, dialogami. Podczas pisania zostawiam rozmaite luki w tekście, by później wypełnić je obrazkiem realistycznym czy rodzajowym, szczegółem topograficznym, aktualnym dialogiem - wszak piszę kryminały historyczne i ważne jest, o czym ludzie rozmawiali, co zaprzątało ich uwagę w tamtym czasie. Te luki uzupełniałem siedząc w Bibliotece Uniwersyteckiej we Wrocławiu, a w przypadku Lwowa - w ciągu tych dwóch tygodni pobytu, o których tu już wspominałem.

Kiedy pisze się kolejną książkę z serii, rozgrywającą się w tym samym miejscu, z tym samym bohaterem, jest łatwiej czy trudniej?

I łatwiej, i trudniej. Łatwiej, ponieważ czytelnicy czekają na swojego bohatera, trudniej, ponieważ każdy krytyk literacki powtórzy jak mantrę ten sam zarzut: nic nowego. Ja liczę się i ze zdaniem czytelników, i ze zdaniem krytyków, ale to opinia czytelników jest dla mnie wiążąca, bardziej interesująca i to opierając się na niej podejmuję decyzję. Kiedy napisałem moją czwartą powieść, były takie głosy od czytelników: „Niech się Pan nie rozstaje z Eberhardem Mockiem” i ja je uwzględniłem, mimo że krytycy mówili, że już dość tego Mocka i tego Wrocławia.

Jak pisarz spogląda na swoją wcześniejszą twórczość? Czy po latach zmieniłby Pan na przykład coś w postaci Mocka?

Nie zmieniłbym niczego, ale z tego prostego powodu, że mi się nie chce i nie mam czasu czytać swoich poprzednich powieści. Nie czytam nigdy swoich książek, kiedy się już ukażą w formie książkowej. Nie analizuję wielokrotnie, po raz kolejny postaci z moich powieści, bo bym się zamęczył. Wolny czas wolę spożytkować na czytanie innych autorów, a nie siebie.

Rozumiem, że jako autor ma pan rozbudowaną biografię Mocka, zawierającą zarówno fakty, które już Pan ujawnił czytelnikom, jak i te, które wciąż trzyma Pan w zanadrzu?

Biografia nie jest taka rozbudowana. Pamiętam po prostu o pewnych ważnych faktach: że Mock urodził się w Wałbrzychu, w 1883 roku, że tam skończył gimnazjum, że potem studiował we Wrocławiu filologię klasyczną, której nie skończył, bo był ubogim studentem i chciał pójść do pracy. Przyjęto go do policji, gdzie pracował w wydziale obyczajowym, później w wydziale kryminalnym, aż awansował na dyrektora kryminalnego w roku 1933, potem zaczął pracować w Abwehrze. W międzyczasie dwie żony, niezliczona liczba kochanek – tyle o Mocku mogę powiedzieć.

Wspominał Pan nieraz, że Mock obdarzony jest Pana cechami takimi jak zamiłowanie do kultury antycznej czy brydża. Czy takich tropów jest więcej? Czy obdarza Pan postacie cechami charakteru czy powiedzeniami swoich znajomych, przyjaciół?

Raczej tego nie robię. Może w jednym czy dwóch przypadkach... Postaci pewnego profesora nadałem cechy znanej mi osoby. Zdarza mi się za to czasami obdarzyć poboczną postać rzeczywistym nazwiskiem - raz zrobiłem to z przyjemnością, a raz złośliwie. Jedna z postaci nosi nazwisko mojego przyjaciela, które co prawda nieco zniemczyłem, ale najbliżsi i tak to odkryli. Innym razem z kolei wyjątkowo niedobrej postaci nadałem nazwisko osoby, której bardzo nie lubię.

Wspomniał Pan ostatnio w jednym z wywiadów, że nie czytuje Pan ostatnio kryminałów. Czy to rzeczywiście prawda, a jeśli tak, to dlaczego tak się dzieje?

Tytuł tego wywiadu (w „Gazecie Wyborczej” - przyp. MB) był nieco wyjęty z kontekstu. Powiedziałem tam, że ostatnio nie czytam kryminałów, a ostatnio oznacza ostatni miesiąc lub dwa. To jest jednak niewiele czasu. Gdybym nie czytał ich programowo i od lat, wtedy mógłbym się usprawiedliwiać i tłumaczyć. Teraz mogę powiedzieć tylko, że od dwóch miesięcy nie czytałem żadnego kryminału, bo czytam książki głównego nurtu. Przydaje mi się to choćby po to, by znaleźć zgrabne, dobre motto do kolejnej powieści. To pięknie brzmi, kiedy książce można dać motto z Dostojewskiego albo Ajschylosa. Na przykład niedawno po raz drugi w życiu czytałem „Zbrodnię i karę”, przeczytałem „Iliadę” Homera. Teraz sięgam do literatury z górnej półki, a kryminały - włącznie z moimi - takimi nie są. Kryminały to literatura popularna, literatura klasy B, ja jestem autorem klasy B. Zatem sięgam po wielkie dzieła ludzkości, żeby znaleźć inspirację, natchnienie.

Kogo z klasyków kryminału najwyżej Pan ceni, a kogo najbardziej lubi Pan czytać?

W moim wypadku to chyba jedno i to samo. Najbardziej lubię czytać i najbardziej cenię Raymonda Chandlera. To mistrz literacki, wirtuoz i nie ze względu na akcję kryminalną, która jest często zapętlona, bardzo skomplikowana, ale ze względu na postać głównego bohatera. Ktoś zauważył – chyba był to nieżyjący już Daniel Tomasz Dobek, szef serwisu PortalKryminalny.pl, znakomity znawca kryminału - że w powieściach kryminalnych dochodzi już nieustannie do replikacji, powielenia pewnych motywów, dlatego - według niego - paradoksalnie istota kryminału nie polega na szybkiej i wartkiej akcji, która siłą rzeczy jest powtarzalna, ale na postaci głównego bohatera. U Chandlera takim bohaterem jest Philip Marlowe - wspaniała postać, głęboko psychologicznie zarysowana. Można oczywiście polemizować ze zdaniem Dobka na temat akcji kryminału - jej powtarzalność jest tym, co czytelnicy - w odróżnieniu od krytyków - lubią.

Stworzył Pan w Polsce nowy subgatunek - miejski kryminał retro, który szybko stał się literacką modą. Czy czytuje Pan swoich naśladowców?

Tak, oczywiście, że czytuję. Uważam, że bardzo dobre kryminały pisze Marcin Wroński, który osadza akcję swoich książek w przedwojennym Lublinie. Z przyjemnością czytałem jego opowieści. Nawiązaliśmy nawet kontakt osobisty, służył mi pomocą przy „Głowie Minotaura”, prowadząc mnie przez labirynt nieustannych reorganizacji przedwojennej polskiej Policji Państwowej. To bardzo ciekawy autor. Myślę, że niedługo bardzo mocno zaistnieje na rynku.

Pisze Pan też kryminały współczesne, wspólnie z Mariuszem Czubajem. Czy ta współpraca będzie kontynuowana i będą powstawały kolejne książki z komisarzem Paterem w roli głównej?

Raczej nie. Napisaliśmy z Mariuszem dwa kryminały, a teraz poświęcamy się raczej solowym projektom. Z drugiej strony nie można wykluczać żadnej ewentualności. Czytelnikom - w odróżnieniu od krytyków - nadmorskie klimaty i nasz bohater Jarosław Pater podobały się bardzo. Cieszę się, że tak się stało. Z Mariuszem jesteśmy przyjaciółmi, nie doszło między nami do żadnych tarć ani w trakcie pisania, ani po jego zakończeniu. Decyzja, że na razie poświęcamy się solowym karierom literackim, wynika po prostu z czystego pragmatyzmu, z potrzeby chwili.

Chciałbym jednak zapytać o tę współpracę. Jak artyście - bo pisarz to przecież także artysta - współpracuje się z podobną mu indywidualnością? Czy skutkuje to wieloma sporami?

Ani Mariusz Czubaj, ani ja nie uważamy się za artystów, tylko za rzemieślników, a rzemieślnicy mogą spokojnie ze sobą współpracować w każdej dziedzinie, także w literaturze.

Na ile uwzględnia Pan sugestie czytelników, krytyków, wydawców?

Oczywiście, że się sugeruję. Jestem pisarzem zawodowym, więc jakże mógłbym tego nie robić, jeżeli z tego żyję. Tym bardziej, że nie jestem literatem klasy A, autorem głównego nurtu, gdzie obowiązuje absolutna swoboda twórcza i żaden krytyk czy czytelnik nie ma prawa mówić, co mam napisać. Jestem twórcą literatury popularnej, słucham opinii, sugestii czytelników. Tak było w przypadku, o którym już wspominałem, kiedy czytelnicy domagali się, by nie rezygnować z postaci Eberharda Mocka i powróciłem do niego „Dżumą w Breslau”. Uwzględniam takie głosy, o ile nie są one zbyt daleko posunięte. Kiedy na przykład czytelniczka pyta mnie, dlaczego nie uczyniłem głównym bohaterem swojej powieści kobiety, to jest to już silna ingerencja, mówienie autorowi, co ma pisać. Podobnie z pytaniami typu „Dlaczego nie osadzi pan akcji w Warszawie?”. Wtedy odpowiadam, że dziękuję bardzo za ciekawą sugestię, być może ją kiedyś przemyślę, ale w głębi duszy wiem, co mam pisać, gdzie mam osadzać akcję i kto ma być moim bohaterem.

Czy czuł się Pan więźniem popularności książek o Mocku? Czy to ciąży autorowi?

Nie, absolutnie nie. Daleko mi bardzo do popularności celebrytów telewizyjnych, nie jestem specjalnie rozpoznawany na ulicy - we Wrocławiu owszem, poza Wrocławiem tak sobie. Są oczywiście chwile trudniejsze, kiedy człowiek musi odmówić różnym zaproszeniom, propozycjom spotkań z ludźmi, których nie widział od 20 lat, a którzy nagle sobie przypominają, że się znaliśmy i ryzykuje w ten sposób, że przylgnie do niego opinie pyszałka, który zadziera nosa. W tym sensie ciąży, ale jest to nieuniknione. To jest jednak absolutny drobiazg. Cieszę się, że wybrałem takie życie, że ta popularność spłynęła, bo dzięki niej żyję.

Czy są jeszcze we Wrocławiu i jego historii miejsca lub zdarzenia, które kuszą Pana, by opisać je w książkach?

Nie, nie ma takich zdarzeń, takich miejsc. Napisałem już pięć powieści o Wrocławiu, właściwie sześć, bo „Głowa Minotaura” jest szóstą moją powieścią i Wrocław też częściowo się w niej pojawia. W tej chwili odnoszę wrażenie, że trochę wyeksploatowałem to miasto. Po drugie, przy konstruowaniu fabuły moich powieści nie uwzględniam żadnych wydarzeń historycznych, co najwyżej w roli scenerii jak w przypadku „Festung Breslau”, gdzie oblężenie Wrocławia jest scenerią właśnie. Wydarzenie historyczne jako motor narracji, fabuły - od tego nigdy nie wychodzę. Dla mnie historia jest tylko tłem. Na szczęście do tej pory nie cierpię na deficyt pomysłów i nie muszę sięgać do różnych historii rzeczywistych, żeby literacko je przetworzyć, choć nie wykluczam, że w przyszłości może się coś takiego zdarzyć.

Wiadomości Poznań, Wydarzenia Poznań

Komentarze (0)

Podane dane osobowe będą przetwarzane przez Polska Press Sp. z o.o. z siedzibą w Warszawie. Podanie danych jest dobrowolne. Pozostałe informacje na temat celu i zakresu przetwarzania danych osobowych oraz Twoich praw znajdziesz w regulaminie. Dodając komentarz akceptujesz regulamin.

Zaloguj się / Zarejestruj się!

Brak komentarzy. Możesz być pierwszy!